[recenzja][carousel][6]

Za co pokochałam Słodki koniec dnia?

7/05/2019

Słodki koniec dnia w reżyserii Jacka Borcucha, ze znakomitymi rolami Krystyny Jandy i Katarzyny Smutniak to bez wątpienia hit. Nie dziwi więc, że film zdobył uznanie jurorów Konkursu Polskich Filmów Fabularnych na dwunastym festiwalu filmowym Mastercard OFF Camera. Ani nawet przyznanie Krystynie Jandzie tytuł najlepszej aktorki w kategorii World Cinema Dramatic na festiwalu Sundance 2019


/fot. materiały prasowe/

Przepełniony licznymi znaczeniami, niezwykle symboliczny, z pięknymi zdjęciami i muzyką. Tak w skrócie można powiedzieć o filmie, który podbił serca widzów. Może momentami się dłuży, ale to co wydaje się ciągnąć bez końca, akurat w tym wypadku jest jak najbardziej uzasadnione i znajduje swoje zastosowanie. Słodki koniec dnia podbił moje serce nie tylko historią, którą opowiedział, ale...

Opowieść o dojrzałej kobiecie
Kino kocha młode i piękne kobiety, stąd też większość ról pisana jest właśnie z myślą o nich. Widzowie zaś wolą oglądać filmy o tym jakie to życie jest piękne w młodości, a nie o tym jak piękne może być kiedy dopada wiek średni. Może trochę się to zmienia, może… Ale to jest właśnie pierwszy z powodów, dla którego Słodki koniec dnia budzi ogromne zainteresowanie. Wreszcie ekran w całości wypełniony jest kobietą dojrzałą. I wreszcie nie oglądamy bohaterki przez pryzmat jej zmagań z nierozwiązywalnymi problemami, zgryzot czy jakiś innych utrapień. My po prostu oglądamy jej codzienne życie z jej perspektywy. My po prostu oglądamy kobietę wolną, która podąża własną ścieżką wydeptywaną przez wiele lat. Maria Linde to bohaterka, która wreszcie ma czas żeby się cieszyć, uśmiechać, bawić. Być po prostu sobą! I ten niewielki skrawek jej życia, który widzimy, wystarcza żeby dać do zrozumienia, że życie jest piękne w każdym wieku.

Janda jakiej nie znamy
Nie będę ukrywać, ale dla mnie Krystyna Janda w takich filmach jak Przesłuchanie w reżyserii Ryszarda Bugajskiego i Człowiek z marmuru w reżyserii Andrzeja Wajdy była najlepsza. Aktorka wielkiego formatu. I tak też ją zapamiętałam. Ale w pewnym momencie zniknęła z kina, zniknęła woląc skupić się na teatrze. Filmem Słodki koniec dnia powraca na wielki ekran. I znowu jest Antoniną Dziwisz z Przesłuchania i Agnieszką z Człowieka z Marmuru. Jest inna, odmieniona. Gra w zupełnie innym stylu niż ten, do którego (można powiedzieć) zdążyła nas przyzwyczaić. Teraz widzę, niezwykle świadomą i niebywale silną kobietę, aktorkę spełnioną która kocha swój zawód i dla której jest on największą pasją. A dzięki niej widzę bohaterkę, która nie boi się swoich lat, tego jak czas ją zmienił. Przez postawę Marii Linde widzę więcej i szerzej. Zaczynam patrzeć z zupełnie innego punktu widzenia i to na każde wydarzenie, które miało miejsce w tym filmie.
/fot. materiały prasowe/
Piękne krajobrazy
Miejscem akcji filmu Jacka Borcucha jest przepiękna miejscowość Volterra w Toskanii. Na ekranie taka sceneria ma do powiedzenia naprawdę wiele. Nie tylko wypełnia przestrzeń, ale również dodaje do niej kolejnych symbolicznych odniesień (a tych w Słodkim końcu dnia nie brakuje). A wszystko to, wyszło spod ręki Michała Dymka. Dwudziestoośmioletniego chłopaka, który ma niebywały talent i fach w ręku, co nie tylko udowodnił w tym filmie, ale również pokazał w jak niezwykły sposób można oddał należyty szacunek tak magicznemu miejscu. I nie powiem, ale już od pierwszych minut filmu byłam skłonna powiedzieć, że to miejsce jest cudowne i z wielką przyjemnością tam zamieszkam.
/fot. materiały prasowe/


reżyseria: Jacek Borcuch
scenariusz: Jacek Borcuch, Szczepan Twardoch
zdjęcia: Michał Dymek
obsada: Krystyna Janda, Katarzyna Smutniak, Vincent Riotta, Antonio Catania, Robin Renucci
premiera: 10 maja 2019 (Polska) 28 stycznia 2019 (świat)


Kino bandyckie i fenomen filmu „Psy”

4/29/2019

Co działo się w naszym rodzimym kinie po roku 1989? Można powiedzieć, że okres transformacji była dla nas znaczący. Chyba poczuliśmy, że Zachód jest na wyciągnięcie ręki i z rozmachem postanowiliśmy to pokazać. Tak zabraliśmy się za odwzorowanie zachodnich produkcji


/fot. kadr z filmy Psy reż. Władysław Pasikowski/

Postanowiono raz a dobrze zerwać z martyrologią, z tym naszym wszechobecnym smutkiem, i zrobić w Polsce Amerykę. To był moment, w którym powstało tzw. kino bandyckie – po raz pierwszy nazwy tej użyła Bożena Janicka w wypowiedzi telewizyjnej. I to wcale nie było określenie z pozytywnym wydźwiękiem lecz pogardliwe dla tego kina. Dlaczego? Ponieważ pokazywało najgorsze strony polskiej obyczajowości. Królował tutaj nowobogacki styl życia, pieniądze, oszustwa i przekręty. O jakichkolwiek ludzkich wartościach nie mówiło się tutaj wcale. Przykładami tego gatunku są trzy pierwsze filmy Władysława Pasikowskiego: Kroll (1991), Psy (1992) i Psy 2. Ostatnia krew (1994). Ale to drugi z filmów zyskał największy rozgłos i sławę. Wyobraźcie sobie, że blisko 300 tysięcy widzów obejrzało ten film w ponad miesiąc. A jak na tamte czasy, była to liczba fenomenalna. Zastanawiam się tylko, czy wynikało to z potrzeby zobaczenia czegoś nowego i dodatkowo w amerykańskim stylu czy chodziło tutaj o coś zupełnie innego…

Krytyczny obraz Polski
…bo o to coś zupełnie innego powiedziałabym, że tutaj chodziło. Premierze filmu Psy towarzyszyła aura skandalu. Po pierwsze oburzano się na to w jaki sposób żyli bohaterowie. Propagowali bandytyzm jako sposób na życie. Po drugie po raz pierwszy w historii odważono się na wykorzystanie tak mocnego języka. Po trzecie krytyczny obraz Polski. Można powiedzieć, że film ten mówił o wszystkim tym, co społeczeństwo myślało. Zresztą, poruszono tutaj znaczące jak na tamte czasy tematy:
- Zdrada – zmiany jakie zaszły po 1989 roku dały społeczeństwu nadzieje na lepsze, ten wspomniany już wcześniej Zachód miał zbliżać się do nas wielkimi krokami. Co się stało? Ludzie byli rozgoryczeni tym co zaczęło się dziać, zaczęło być gorzej z powodów ekonomicznych, zaczęto bać się o swoją pracę. Dodatkowo wszyscy widzieli, że czasy PRL-u nie zostały uregulowane. Nikogo nie ukarano, nikt nie poszedł do więzienia - dogadano się na górze, takie było przeświadczenie.
- Poczucie nieufności do państwa, ale to poczucie wiązało się z naszą historią i tym co działo się przez wszystkie ostatnie lata.
- Zmęczenie mitem Solidarności – temat, który w latach 80. pochłonął społeczeństwo, po transformacji stał się passe.
- Frustracja – szybko okazało się, że to co zagraniczne nie jest dla zwykłego, szarego człowieka. Można było zapomnieć o jakimkolwiek luksusie.
/fot. kadr z filmu Psy reż. Władysław Pasikowski/

Nowy wizerunek bohatera
Psy wykreowały nowy wizerunek aktorów. Przestało być miło, bo na scenę wkroczył bohater prymitywny, chamski, cyniczny. Bezwzględny, bo musiał dostosować się do nowych reguł gry. A skoro bandytyzm królował, to wiadomo że w jego życiu wcale przyjemnie nie mogło być. I tak z kinem bandyckim zaczęła kojarzyć się stała grupa aktorów. Można powiedzieć, że zaczęli oni uosabiać bohaterów, których grali. Największą ewolucję przeszedł chyba Bogusław Linda, który znany z zupełnie innego typu bohaterów nagle stał się złym chłopcem.
/fot. kadr z filmy Psy reż. Władysław Pasikowski/

Wizerunek kobiet
Dziś byłoby to dla nas nie do przyjęcia, a jednak film Psy w sposób brutalny pokazał skrajną nienawiść do płci żeńskiej. Wszechobecny mizoginizm zdominował to kino. Żaden z bohaterów nie wypowiadał się o kobiecie w sposób przyjazny, one były głupie i naiwne. Sprzedajne za alkohol i za kasę. Jednym słowem możemy powiedzieć, że były narzędziem w rękach mężczyzn. Od nich zależne, do nich należące. Tylko patrząc na to co widzimy na ekranie, nie wydaje się jakby im się to nie podobało. One zachowują się zgodnie z tą wizją świata męskiego. Bo to przez płeć męską ten świat jest zdominowany i to z tego punktu widzenia obserwujemy świat. O wiele ważniejsze stały się tutaj związki między mężczyznami, portretujące męski świat i męską przyjaźń.



5 ciekawostek o filmie "Dług" Krzysztofa Krauzego

3/08/2019

O wielowymiarowości filmu Dług w reżyserii Krzysztofa Krauzego można mówić bez końca. To arcydzieło na miarę czasów przeszłych i obecnych. Zrobione z klasą i idealnie pokazujące geniusz samego reżysera. Fenomen tego filmu ma wiele twarzy, przeczytajcie co ciekawego kryje się pod nimi


To będzie pięć krótkich ciekawostek, które pokażą, że film Dług pociągnął za sobą wiele innych wydarzeń, jak chociażby wpłynął na rozsławienie historii Sławomira Sikory i Artura Bryliński.

1) W 1987 roku zostaje absolwentem Wydziału Aktorskiego warszawskiej PWST, a siedem lat później również i reżyserii. Wtedy jeszcze Andrzej Chyra nie spodziewa się, że dokładnie za pięć lat zostanie najbardziej rozchwytywanym aktorem (co jak pokazują czasy obecne nie minie już wcale). Wszystko to właśnie za sprawą Długu, w którym gra rolę paskudnie złego, wręcz demonicznego egzekutora długów. Za tę rolę otrzymuje od Polskiej Akademii Filmowej nagrodę za najlepszą drugoplanową rolę męską, a jego kariera nabiera zawrotnego tempa.


2) Pominę już fakt, że Krzysztof Krauze wcale nie był przekonany do tego filmu, ba nawet był mu trochę niechętny. Jak się jednak okazało jego reżyserski zmysł zawiódł go całkowicie, a Dług stał się arcydziełem. Jednak prawdziwa historia, która dała początek temu dzieło (a wydarzyła się w marcu 1994 roku) sprawiła, że wielu ludzi uznało, że Sławomir Sikora i Artur Bryliński są po prostu niewinni, że ich czyn był jak najbardziej umotywowany. W czasie premiery filmu odsiadywali już wyrok 25-lecia więzienia za zamordowanie swoich dręczycieli, to jednak nie wypłynęło na fakt, że stali się równie sławni co sam film. Wejście Długu na ekrany spowodowało, że pojawiały się coraz to nowe teksty, reportaże, artykuły opowiadające o losach sprawców. Ludzie składali nawet swoje podpisy pod internetowym apelem o akt łaski dla obu winnych. Wiele lat później zarówno Sikora jak i Brykalski zostali ułaskawieni. Sławomir Sikora, przez Aleksandra Kwaśniewskiego 5 grudnia 2005 roku, a Artur Bryliński w grudniu 2010 przez prezydenta Bronisława Komorowskiego.

3) Kto stworzył scenariusz do filmu Dług? Krzysztof Krauze i … Joanna Kos późniejsza Kos-Krauze, która współpracowała nad projektem anonimowo. Jej nazwisko jako współscenarzysty pojawiło się po raz pierwszy dopiero przy filmie Mój Nikifor. Z tego co udało mi się dowiedzieć, to sam Krzysztof Krauze zabiegał żeby w końcu się ono pojawiło - wkład w pracę jego żony był ogromny, a on nie mógł znieść, że pozostaje w cieniu. Wiele lat później w jednym z wywiadów przyznał, że Dług nie zostałby doceniony i zauważony, gdyby nie pomoc żony.


4) Sukces filmu sprawił, że sam Krzysztof Krauze stał się nie tylko najbardziej cenionym reżyserem, ale również zaczęto mu przypinać etykietę reżysera od gangsterskiej fabuły. Bo ten sukces sprawił, że nagle pojawiło się całe mnóstwo propozycji na „zrobienie czegoś w podobnym stylu”. Jednak Krauze czuł, że to nie jest to, że chce czegoś innego. Sam przyznał, że po Długu miał poczucie, że pora znaleźć nową perspektywę spojrzenia na świat, przejść na słoneczną stronę ulicy. I tak pojawił się Mój Nikifor.

5) Krzysztof Krauze marzył o robieniu „filmów społecznych”, były one najbliższe jego sercu. W całych tych dążeniach to właśnie Dług uchodzi za film najbliższy tej idei. To nie jest zwyczajna historia oparta na prawdziwych wydarzeniach, która ma zaskakiwać przez sam fakt że jest inspirowana postaciami realnymi. To historia, wielowymiarowa, która niesie ze sobą ukryte znaczenie. Krauze opisuje ludzi łudząco podobnych do nas – każdy z nas mógłby znaleźć się w tej sytuacji, a zbrodnia która się wydarza czyni naturalną konsekwencją czynów – konsekwencją wyborów człowieka. W każdym z bohaterów przeglądamy się jak w lustrze, nawet w roli którą kreuje Andrzej Chyra.


Krótki metraż: Trzebuchowska, Śniegoska, Laksa, Banaczek

2/02/2019

Trochę bez pomysłu, trochę bez żadnej konwencji, a trochę jakby bez dobrego tematu. Pokaz filmów krótkometrażwoych przygotowany przez Studio Munka, zawiódł oczekiwania. Zamiast zwięzłej krótkiej formy otrzymujmy dzieła, którym wiele brakuje. Z czterech filmów krótkometrażowych tylko jeden zasługuje na uwagę, a drugi na ogromne brawa


Na pierwszy ogień poszedł film Agaty Trzebuchowskiej Pustostan. Nazwa tyleż intrygująca, co nie dająca żadnego odbicia w przygotowanym filmie. Mamy naprawdę dobrych aktorów: Agnieszka Podsiadlik i Szymon Czacki, to duet który mógłby uczynić cuda w tym filmie. Para, która przekułaby swój talent i doświadczenie, również to wyniesione z teatru, na konwencję i konkretne emocje w tym filmie. Tyle, że Trzebuchowska chyba nie do końca wiedziała jakie emocje chce przekazać i jaką konwencję pokazać. Widz raczej gubi się w tym dziele, nie znajdując żadnego połączenia pomiędzy co chwilę pojawiającymi się nowymi wątkami. Nie mamy pojęcia kim jest bohaterka, jak żyje, kim jest dla niej mąż, dzieci. Wiemy, a raczej próbujemy się domyślać, że ucieka w samotność dlatego, że nie radzi sobie z życiem, ze swoimi problemami. Ale to jest bardzo umowne domyślanie się, bo to co kamera pokazuje niewiele wnosi. Ukrywanie się kobiety w jeszcze nie wyremontowanym domu i obserwowanie swojej rodziny i sąsiadów z ukrycia ma przedstawiać jej stan psychiczny i fizyczny, na czas w którym ją poznajemy. Tylko wykorzystanie minimalnych środków wyrazu i ograniczenie ich do minimum bardzo zaburza całość dzieła. Wszytko w Pustostanie staje się nijakie, płaskie. Zbyt wiele niedopowiedzeń dostajemy, zbyt wiele niewiadomych, która zamiast pomagać wszystko niszczą.

19:91 Emilii Śniegoskiej to w pierwszej kolejności rodzące się pytanie, dlaczego dostajemy historię 19-letniej Jette z Niemiec, a nie 91-letniej kobiety, która przeżyła Auschwitz? Przecież ta druga historia wydaje się o wiele ciekawsza. Zwłaszcza, że obie bohaterki są obecne przez cały film i raczej nie znikają z pola widzenia. Reżyserka, odcina jednak pewną linią granice pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, zmienia trop i odsuwa od swojego dzieła znany wszystkim motyw II wojny światowej. I o dziwo, podążam za nią i uważam, że sam pomysł i zabieg, który wykorzystała w swoim dokumencie był bardzo dobrym i słusznym wyborem. Sama historia nie będzie zbyt obszerna i rozbudowana, bo poza krótkim poznaniem życie Jette, jej motywacji przyjazdu do Polski, a także chęci zaopiekowania się i pomocy 91-letniej pani Zofii, nie znajdziemy nic specjalnego. Lecz, to co jest pod tą warstwą jest o niebo ciekawsze. W pierwszej kolejności zwróćmy uwagę na tytuł, bo już tu dostajemy kierunek filmu. Będzie to zderzenie dwóch różnych światów. Dwóch różnych kobiet, które żyły w innych czasach i które mimo doświadczeń starszej z nich polubiły się bardzo. Więź, która między nimi powstanie, uczucie które się pojawi będzie miało siłę i mocny wydźwięk. Dla wszystkich. I chociaż Śniegoska nie wznosi się na wyżyny, nie pokazuje krótkiego metrażu w jakiejś niezwykłej formie to zachwyca pomysłem, chęcią opowiedzenia tej samej historii z zupełnie innego punktu widzenia.
/19:91, reż. Emilia Śniegoska/
Trzeci film to Okno z widokiem na ścianę w reżyserii Kobasa Laksa. Prosta historia, właściwie taka jakich w filmie niemało, z tą tylko różnicą, że opowiada nie o polskiej a rosyjskiej rodzinie. Dwójce młodych ludzi i ich małego dziecka. Mamy piękny wstęp ukazujący szczęśliwy związek. Rozwinięcie, w którym to widz dowiaduje się, że pod warstwą szczęścia kryją się rozterki i problemy, i trudne wybory. I w końcu zakończenie, w formie nieszczęśliwego wypadku, który wydarza się w domu naszych bohaterów. Koniec. Nic poza tym, chociaż wiem co reżyser chciał pokazać, jak chciał rysować bohaterów i na jakich emocjach się skupić. Ja tego nie widzę i kompletnie nie czuję. Nie widzę ani szczęścia ani dramatu. A nie nawet odpowiedniego wydźwięku, który powinien wybrzmieć po stracie dziecka.

I ostatni, najważniejszy film tego pokazu: Dzień pierwszy w reżyserii Daniela Banaczka. Niezwykle mocny w swym przekazie. Ostry w wymowie. Historia trzech chłopaków (Arka, Wojtka i Sebastiana) i ich marzeń, którzy trafiają do Zakładu Poprawczego w Raciborzu. Może zbyt błahych, może zbyt górnolotnych. Ale na pewno w tych osobach drzemie wiara i siła w to, że się uda że wyjdą na prostą drogę. Lecz po wyjściu z poprawczaka, jak słusznie zauważa jeden z bohaterów, okazuje się że życie ich przygniata, że jest zbyt obszerne, zbyt wiele niesie ze sobą złych momentów. Trzeba się starać i walczyć nieustannie o siebie, swój los i o byt, żeby jakoś móc płynąć dalej. Śledzimy ich życie, kibicujemy im, wierzymy że się uda, bo widać że chcą, że gdzieś mają te marzenia. Lecz w którymś momencie wszyscy się poddają. Opuszcza ich ta ostatnia iskierka i chęć, że może być dobrze. Zostają sami. Samotni. Z dala od planów, które kiedyś mieli. Od ludzi, którym chociaż raz na nich zależało. Jednak Banaczek nie kończy swej opowieści, tylko w dość wymowny sposób pokazuje, że ta historia zatacza koło. I zatacza go wręcz w sposób identyczny, kilkanaście lat później spotykamy kolejnych młodych chłopaków z Zakładu Poprawczego w Raciborzu, którzy dokładnie mają takie same marzenia jak ich poprzednicy. I zamieramy, bo wiemy że ich losy mogą być tak samo drastyczne jak Arka, Wojtka i Sebastiana. Tak samo smutne i samotne.


„Zabawa, zabawa”: tragikomedia w trzech aktach

1/09/2019

Tragikomedia to dobre słowo na opisanie tego filmu, bo nie tylko wybrzmi tutaj gorzka prawda, ale również komediowy rys. To wszystko będzie się przeplatać, aby ostatecznie dać widzom dzieło o prawdziwym życiu, o samotności, o czynnikach, które sprawiają że nie jesteśmy odporni na bodźce od świata i rzeczywistości, która często zamienia się w trudną codzienność

/fot. materiały prasowe/

Tak to, samotność staje się główna dominantą filmu Kingi Dębskiej Zabawa, zabawa. To ona wypełnia życie bohaterek. Trzech kobiet, których z pozoru poza tym samym miejscem zamieszkania nie łączy nic. Dopiero kiedy ich życie nabiera tempa, kiedy poznajemy co nimi kieruje i jak każda z nich funkcjonuje, to okazuje się, że jednak wspólny mianownik jest tutaj bardzo widoczny. Że on jest, mimo różnicy wieku, wykształcenia czy charakteru. Teresa (Dorota Kolak) to spełniona zawodowo ordynator oddziału pediatrycznego, uznana i szanowana pani profesor. Dorota (Agata Kulesza) – ceniona prokurator, mieszkająca w pięknym domu z mężem i synem. Magda (Maria Dębska), ambitna studentka która w życiu chce do czegoś dojść, a nie żyć tak jak jej rodzice. Każda z nich pije, każda z nich jest samotna. Na początku ocenimy je dość jednogłośnie – to one są złe. Niszczą własne życie na zawołanie. Zaginają rzeczywistość i próbują uczynić ją szczęśliwszą. Tylko, bardzo szybko w tych trzech historiach pojawia się jedno pytanie, co doprowadziło je do tego momentu? Scenariusz, który wyszedł spod pióra samej reżyserki i Miki Dunin, najpopularniejszej blogerki zajmującej się tematem alkoholizmu, dość szczerze przedstawia całą strukturę problemu i stopniowego dochodzenia do tego, że alkohol to jednak choroba, że każda bohaterka uwikłała się w ten świat utopiony w procentach.

Te trzy kobiety na swoje życie patrzą jednak zupełnie inaczej. I to w tym filmie bardzo się czuje. One po prostu dobrze się bawią i czerpią pełną parą z tego co daje im świat. Ich problem dostrzega rodzina, bliscy znajomi, współpracownicy i tak też poruszamy się po filmie. To z ich perspektywy patrzeć będziemy na życie tych kobiet. Staniemy się, którąś z części ich świata. Sami, w ślad z rodziną czy bliskimi bohaterek, będziemy miejscami woleć zatuszować problem i udawać, że go nie ma, niż głośno powiedzieć: to prawda, tak jest. Scena, w której pijana Dorota siedzi na przystanku z butelką w ręce i podchodzi do niej kobieta, która chwilę temu wyszła ze spotkania AA i nie robi nic, zatrważa. Dopiero za moment dotrze do nas, że postępowanie wszystkich osób które wypełniają życie naszych bohaterek na każdej płaszczyźnie tak właśnie się kończy. Bez powiedzenia słowa, bez podania ręki. A przecież nie wystarczy tylko chęć zmiany u osoby, która ma problem, ktoś musi być tym pierwszym bodźcem. Bo z racji własnego wstydu żadna z nich nie będzie chciała zmiany.


A ten wstyd widać na każdym kroku. Bo ktoś zobaczy, że wychodzę z ośrodka, że piję, że ta straszna prawda zobaczy światło dzienne. Lepiej powtórzyć: problemu nie ma i wrócić do tego co było. Dlatego tak gorzkie będzie zakończenie tego filmu, kiedy chęć pomocy i chęć zmiany bardzo się rozbiegną. Kiedy utkwimy w pewnym momencie życia każdej z kobiety. Nie pójdziemy dalej, zostaniemy z tym ciężarem sami. Z całym tabunem myśli, których Kinga Dębska nie przepracuje z widzem, tylko z pełną świadomością zostawi te masę niedopowiedzeń. To pomoże jej uwypuklić problem, wyciągnąć go na światło dzienne. Wyraźnie powiedzeń, że to może być codzienność każdego z nas. Przecież nie wiemy jak nasze życie potoczy się za chwilę. „Co” będzie chciało wypełnić pustkę w naszym życiu. Tylko nie będzie to pustka spowodowana brakiem czegoś lub kogoś, tylko zagubieniem siebie w świecie, który tak dużo daje i tak dużo zabiera. Którego siła po prostu nas przytłoczy. W tym ważnym przekazie pomogą reżyserce aktorzy. Dobrani do swoich ról idealnie. Potrafiący oddać myśl Dębskiej. Bezkonkurencyjni w swoich rolach. Wielkie brawa dla Doroty Kolak, Agaty Kuleszy, Marii Dębskiej, Marcina Dorocińskiego, Barbary Kurzaj i Mirosława Baka. I brawa za intuicję z jaką reżyserka obsadziła każdą z postaci.


W jednym z wywiadów Kinga Dębska powiedziała, że problem który pokazuje w filmie wciąż jest nie przepracowany, że „w naszej katolickiej kulturze pijana kobieta jest jak pijana Matka Boska”. Mam nadzieję, że po obejrzeniu tego filmu wiele się zmieni i w końcu zrozumiemy że alkoholizm to przeważnie choroba kobiet, tylko z tą różnicą, że one potrafią to doskonale ukrywać. Że wreszcie ten przydomek Matki Boskiej zniknie, a żadna kobiet nie będzie musiała udawać perfekcyjnej matko i żony, doskonałego szefa czy pracownika, że w końcu przestanie ją przytłaczać to nagromadzenie stereotypów, że w końcu dostanie od tego świata wsparcie.


Zabawa, zabawa 
reżyseria: Kinga Dębska 
scenariusz: Kinga Dębska, Mika Dunin 
zdjęcia: Andrzej Wojciechowski
obsada: Agata Kulesza, Dorota Kolak, Maria Dębska, Marcin Dorociński, Mirosław Baka
premiera: 4 stycznia 2019




Autor: Agnieszka Kobroń

Autor: Agnieszka Kobroń

Moja strona o TEATRZE

PAMIĘTAJ!

Wszystkie publikowane treści są moją własnością, o ile nie napisano inaczej. Proszę nie kopiować i nie rozpowszechniać ich bez mojej zgody.