"Dom wariatów": jakiej rodziny mieć nie chcemy


Film Dom wariatów na pewno nie należy do łatwych i przyjemnych. Wielu zapewne znudzi już sam fakt zbyt wolnej akcji czy bohaterów, którzy są do bólu sztuczni. Tylko w tym jest „szaleństwie” jest metoda, która wynosi ten film na wyższy poziom egzystencji człowieka i pozwala spojrzeć na pewne zachowania z zupełnie innego punktu widzenia


Ten film wręcz odpycha, zniechęca, a po jakimś czasie frustruje i żeby go obejrzeć do końca trzeba mieć naprawdę mocne nerwy. Bo obraz, który kreśli Marek Koterski jest zbyt wymowny, zbyt prawdziwy. Ciężko widzom mierzyć się ze światem, który jest żywcem ściągnięty z pozowanego rodzinnego zdjęcia. A najgorszy w tym wszystkim wydaje się fakt, że to życie jest właśnie takie jak pokazuje to reżyser. I chociaż wiele czasu upłynęło od premiery tego filmu (premiera miała miejsce w 1985 roku), nie zawaham się powiedzieć że to co widzimy jest wciąż takie same, obecne współcześnie. Powtarzające się symbole, obrazy. Bez końca powielane rodzinne stereotypy. Uczucia, emocje, rodzące się dramaty, konflikty i problemy. Uchwycone jednak pod odpowiednim kątem. Podkreślone właściwymi ujęciami, obrazami na które byśmy nigdy nie spojrzeli gdyby nie czujne oko Koterskiego. Wbrew pozorom powrót trzydziestoparoletniego mężczyzny do domu i jego zachowanie w obliczu matki, ojca i brata sugeruje, że schemat znowu zostanie powielony, a historia bliska będzie by zatoczyć koło. Sami przecież dobrze, wiemy, że tego Adasia Miauczyńskiego nie spotka los zwykłego człowieka, on będzie zbiorem wszystkiego co o ludziach i swoich zachowaniach złego jesteśmy w stanie powiedzieć.


W Domu wariatów już od pierwszych kadrów, zaczynamy się dusić. Przytłacza nas gęsta atmosfera domu bohaterów. Chcemy uciekać. Nie mamy jednak dokąd, bo historia nie skończy się happy endem, obraz nie zostanie wypełniony kolorem, bohaterowie cudownie nie zmienią swoich przyzwyczajeń, a akcja nie przyśpieszy swego biegu. Zmuszeni wręcz jesteśmy do stania się częścią tej rodziny, próby przeanalizowania jej relacji i wybijających cech charakteru. I tak, albo dzięki temu, stopniowo zaczynamy analizować każdą z postaci, szukać jakiś przyczyn. Dopiero potem zaś dochodzić do pewnych rozwiązań, chociaż i te nie muszą być wcale zadowalające. Bo każda z tych postaci kryje w sobie niebywałą wielowarstwowość. Dokopać się ciężko do pierwszej z tych warstw. Wystarczy popatrzeć chociażby na postać ojca (Tadeusz Łomnicki) tak bardzo wyobcowaną i wycofaną. Przyjrzeć się lepiej człowiekowi, który snuje się po domu bez celu. Cały czas go widzimy, jego postać nie znika z pola widzenia kamery, ale jego obecność w tym filmie jest jakaś inna. Jakby wcale nie było go w tym domu.

Przez głównego bohatera (Marek Kondrat) przemawiają wszystkie lata spędzone u rodziców, ich zachowania i ten drażniący i bolący brak miłości. Dorosły człowiek, który staje przed nami ma traumę sprzed lat, żal o to, że nigdy nikt o niego nie zawalczył. Przyjeżdża do domu i praktycznie się nie odzywa, dlaczego? Bo nauczyć się tego już kiedyś, wyzbywając wszelkich emocji jakie mogły łączyć go z ludźmi mieszkającymi w tym domu. Tylko, że to co go spotkało ciągnie się za nim, a on nie potrafi od tego uciec. Powielając to co dano mu w domu. Chociaż podejrzewam, że przyjazd w rodzinne strony, miał być jego nadzieją na zmierzenie się z problemami, nadzieją na lepsze, dlatego też w pewnym momencie wybuchnie na swoją matkę (Bohdana Majda). To będzie punkt kulminacyjny tego filmu, całe jego clou, który nigdy się nie wydarzy, bo matka udaje głuchą na te słowa, a Adaś zrezygnuje z dalszych prób. Historia na chwilę się zatrzymała, a potem jakby nigdy nic wróciła na swoje dawne tory, zmazując na dobre ten ułamek w którym główny bohater próbował coś zmienić.


To co dla jednych w tym filmie może być niezwykle męczące przekuwa się w atut. Wolno dziejąca się akcja pozwala niezwykle dokładnie scharakteryzować każdego z bohaterów, ich powtarzające się zachowania odzwierciedlić i podkreślić na czym w życiu skupiamy się najczęściej, jak funkcjonujemy i działamy. Z kolei rysująca się sztuczność każdej z postaci, to nic innego jak udana próba podkreślenia cech, które są najbardziej denerwujące i wkurzające. Tych cech, które stają się dla nas samych czymś naturalnym, zaś w rzeczywistości widziane z drugiej strony są nie do zniesienia. Ale czyż nie tak działamy jako ludzie, nie tak budujemy swój charakter, nie próbując nic zmieniać uważając, że wszystko jest dobrze? I tak rodzinna kolacja zamieni się w koszmar, którego nawet sami rodzice Adasia nie potrafią przerwać. Ich zachowania powtarzają się co chwilę, ich przyzwyczajenia dają o sobie mocno znać. Tylko, najgorszy w tym koszmarze zaczyna być fakt, że oni żyją tak codziennie, nie próbując niczego zmieniać nawet o milimetr. Jakbym widział po raz kolejny znany mi obraz i znany mi świat. Dlatego nie dziwi mnie opowiadana anegdota jakoby po premierze filmu ludzie zaczepiali Marka Kondrata, który gra Adasia, i pytali skąd reżyser tak dobrze znał ich sytuację. Znał, bo była codziennością. Była i jest.

Film możecie zobaczyć tutaj.


Dom wariatów
reżyseria, scenariusz: Marek Koterski
zdjęcia: Zbigniew Wichłacz
scenografia: Janusz Sosnowski
obsada: Marek Kondrat, Tadeusz Łomnicki, Bohdana Majda
premiera: 10 września 1985




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autor: Agnieszka Kobroń

Autor: Agnieszka Kobroń

Moja strona o TEATRZE

PAMIĘTAJ!

Wszystkie publikowane treści są moją własnością, o ile nie napisano inaczej. Proszę nie kopiować i nie rozpowszechniać ich bez mojej zgody.