Krótki metraż: Trzebuchowska, Śniegoska, Laksa, Banaczek

Trochę bez pomysłu, trochę bez żadnej konwencji, a trochę jakby bez dobrego tematu. Pokaz filmów krótkometrażwoych przygotowany przez Studio Munka, zawiódł oczekiwania. Zamiast zwięzłej krótkiej formy otrzymujmy dzieła, którym wiele brakuje. Z czterech filmów krótkometrażowych tylko jeden zasługuje na uwagę, a drugi na ogromne brawa


Na pierwszy ogień poszedł film Agaty Trzebuchowskiej Pustostan. Nazwa tyleż intrygująca, co nie dająca żadnego odbicia w przygotowanym filmie. Mamy naprawdę dobrych aktorów: Agnieszka Podsiadlik i Szymon Czacki, to duet który mógłby uczynić cuda w tym filmie. Para, która przekułaby swój talent i doświadczenie, również to wyniesione z teatru, na konwencję i konkretne emocje w tym filmie. Tyle, że Trzebuchowska chyba nie do końca wiedziała jakie emocje chce przekazać i jaką konwencję pokazać. Widz raczej gubi się w tym dziele, nie znajdując żadnego połączenia pomiędzy co chwilę pojawiającymi się nowymi wątkami. Nie mamy pojęcia kim jest bohaterka, jak żyje, kim jest dla niej mąż, dzieci. Wiemy, a raczej próbujemy się domyślać, że ucieka w samotność dlatego, że nie radzi sobie z życiem, ze swoimi problemami. Ale to jest bardzo umowne domyślanie się, bo to co kamera pokazuje niewiele wnosi. Ukrywanie się kobiety w jeszcze nie wyremontowanym domu i obserwowanie swojej rodziny i sąsiadów z ukrycia ma przedstawiać jej stan psychiczny i fizyczny, na czas w którym ją poznajemy. Tylko wykorzystanie minimalnych środków wyrazu i ograniczenie ich do minimum bardzo zaburza całość dzieła. Wszytko w Pustostanie staje się nijakie, płaskie. Zbyt wiele niedopowiedzeń dostajemy, zbyt wiele niewiadomych, która zamiast pomagać wszystko niszczą.

19:91 Emilii Śniegoskiej to w pierwszej kolejności rodzące się pytanie, dlaczego dostajemy historię 19-letniej Jette z Niemiec, a nie 91-letniej kobiety, która przeżyła Auschwitz? Przecież ta druga historia wydaje się o wiele ciekawsza. Zwłaszcza, że obie bohaterki są obecne przez cały film i raczej nie znikają z pola widzenia. Reżyserka, odcina jednak pewną linią granice pomiędzy przeszłością a teraźniejszością, zmienia trop i odsuwa od swojego dzieła znany wszystkim motyw II wojny światowej. I o dziwo, podążam za nią i uważam, że sam pomysł i zabieg, który wykorzystała w swoim dokumencie był bardzo dobrym i słusznym wyborem. Sama historia nie będzie zbyt obszerna i rozbudowana, bo poza krótkim poznaniem życie Jette, jej motywacji przyjazdu do Polski, a także chęci zaopiekowania się i pomocy 91-letniej pani Zofii, nie znajdziemy nic specjalnego. Lecz, to co jest pod tą warstwą jest o niebo ciekawsze. W pierwszej kolejności zwróćmy uwagę na tytuł, bo już tu dostajemy kierunek filmu. Będzie to zderzenie dwóch różnych światów. Dwóch różnych kobiet, które żyły w innych czasach i które mimo doświadczeń starszej z nich polubiły się bardzo. Więź, która między nimi powstanie, uczucie które się pojawi będzie miało siłę i mocny wydźwięk. Dla wszystkich. I chociaż Śniegoska nie wznosi się na wyżyny, nie pokazuje krótkiego metrażu w jakiejś niezwykłej formie to zachwyca pomysłem, chęcią opowiedzenia tej samej historii z zupełnie innego punktu widzenia.
/19:91, reż. Emilia Śniegoska/
Trzeci film to Okno z widokiem na ścianę w reżyserii Kobasa Laksa. Prosta historia, właściwie taka jakich w filmie niemało, z tą tylko różnicą, że opowiada nie o polskiej a rosyjskiej rodzinie. Dwójce młodych ludzi i ich małego dziecka. Mamy piękny wstęp ukazujący szczęśliwy związek. Rozwinięcie, w którym to widz dowiaduje się, że pod warstwą szczęścia kryją się rozterki i problemy, i trudne wybory. I w końcu zakończenie, w formie nieszczęśliwego wypadku, który wydarza się w domu naszych bohaterów. Koniec. Nic poza tym, chociaż wiem co reżyser chciał pokazać, jak chciał rysować bohaterów i na jakich emocjach się skupić. Ja tego nie widzę i kompletnie nie czuję. Nie widzę ani szczęścia ani dramatu. A nie nawet odpowiedniego wydźwięku, który powinien wybrzmieć po stracie dziecka.

I ostatni, najważniejszy film tego pokazu: Dzień pierwszy w reżyserii Daniela Banaczka. Niezwykle mocny w swym przekazie. Ostry w wymowie. Historia trzech chłopaków (Arka, Wojtka i Sebastiana) i ich marzeń, którzy trafiają do Zakładu Poprawczego w Raciborzu. Może zbyt błahych, może zbyt górnolotnych. Ale na pewno w tych osobach drzemie wiara i siła w to, że się uda że wyjdą na prostą drogę. Lecz po wyjściu z poprawczaka, jak słusznie zauważa jeden z bohaterów, okazuje się że życie ich przygniata, że jest zbyt obszerne, zbyt wiele niesie ze sobą złych momentów. Trzeba się starać i walczyć nieustannie o siebie, swój los i o byt, żeby jakoś móc płynąć dalej. Śledzimy ich życie, kibicujemy im, wierzymy że się uda, bo widać że chcą, że gdzieś mają te marzenia. Lecz w którymś momencie wszyscy się poddają. Opuszcza ich ta ostatnia iskierka i chęć, że może być dobrze. Zostają sami. Samotni. Z dala od planów, które kiedyś mieli. Od ludzi, którym chociaż raz na nich zależało. Jednak Banaczek nie kończy swej opowieści, tylko w dość wymowny sposób pokazuje, że ta historia zatacza koło. I zatacza go wręcz w sposób identyczny, kilkanaście lat później spotykamy kolejnych młodych chłopaków z Zakładu Poprawczego w Raciborzu, którzy dokładnie mają takie same marzenia jak ich poprzednicy. I zamieramy, bo wiemy że ich losy mogą być tak samo drastyczne jak Arka, Wojtka i Sebastiana. Tak samo smutne i samotne.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Autor: Agnieszka Kobroń

Autor: Agnieszka Kobroń

Moja strona o TEATRZE

PAMIĘTAJ!

Wszystkie publikowane treści są moją własnością, o ile nie napisano inaczej. Proszę nie kopiować i nie rozpowszechniać ich bez mojej zgody.